CZARODZIEJSKI FLET

admin - 4 marca, 2009 - Uncategorized /

CZARODZIEJSKI FLET

„DIE ZAUBERFLOETE” muzyka G. Verdi, reżyseria i kostiumy: Don Silencio.   

Premiera: 29 kwietnia 2036

Opera Garnier, Paryż.

Felicitations – wygrałeś bilet do opery. Odbierz w kasie, godzinę przed spektaklem. – przeczytałem w smsie, który przyszedł zaraz po tym, jak poprawnie odpowiedziałem na pytanie: kto jest autorem opery Czarodziejski flet. Odpowiedziałem automatycznie, nie zastanawiając się nawet, ile kosztuje wysłanie wiadomości o treści „Verdi”. Tak proste i kuszące wydawało się to pytanie, a wiedziałem, że Francuzom może sprawić kłopot… i proszę, okazało się, że wygrałem – bilet na Czarodziejski flet w czwartek wieczorem. Może miejsce konkursowe będzie lepsze od tego, na które zazwyczaj mnie stać – za 7 euro na najwyższej galerii, z wydrukowaną adnotacją: „miejsca bez widoczności”.

Opera Garnier w Paryżu nie byle jaka, więc ubrałem się cały na czarno i w marynarkę, z apaszką w secesyjne arabeski. Włosy pokręciłem jak jakaś kurtyzana z Klimta – teraz już nie ma kurtyzan, są tylko prostytutki, dziwki i kurwy (żadna nie pozuje malarzom ani nie czyta Kwiatów zła i z żadną nie można rzeczowo porozmawiać, tylko zrazu brać się do rzeczy, a potem szybko zapomnieć). Pomalowałem oczy, by oswoić się z ciemnością wieczoru i wcisnąłem na palec środkowy pierścień babci z pękniętym bursztynem (kto mi go dzisiaj odnajdzie, temu stawiam piwo i bilet do opery).

Miejsce w dziesiątym rzędzie, na parterze, na samym środku. Nade mną, na wymalowanym przez Chagalla suficie, złowieszczo dyndał żyrandol. Po lewej jakaś stara ciotka: włosy fioletowe, różowe cienie pod oczyma oczami, od rzęs po same brwi, czarne korale, a na każdym (z dziesięciu) pokrzywionym palcu pierścionek z oczkiem, a to turkusowym, a to rubinowym, a to w panterkę, a to w pepitkę, a to w pipkę, a to w madonnę, a to w mona lizę, a to w pizzę, a to w pawie oczko to oczko, a to na ostatnim palcu …pusto. Oczodół czarny, głęboki jak studnia, na małym paluszku z twardym, krzywo-bordo-malowanym pazurem. Taka ciotka. Po prawej natomiast siedzi łysy we fraku. Siedem karków ma, a gdzieś między trzecim a piątym karkiem, od dołu chyba licząc, kituszka dynda, wstążeczką związana, a pomiędzy pierwszym a trzecim karkiem ma krasta. Reszta karków schowana pod kołnierzem fraka – w butonierce jakiś sadystyczno-burleskowy irys z fallicznym pręcikiem, zwieńczonym czarną perłą, a na wielkim brzuchu o dziwo rodzimy (mój rodzimy, nasz rodzimy), polski, zakopiański, góralski pas szeroki, a za nim zawadiacko zatknięte dziewiętnastowieczne pistolety. Łysy kończył właśnie obgryzanie udka z kurczaka – kostkę cisnął w okolicę trzeciego rządu, gdzie rzuciły się na nią łapczywe psy. Tłuste palce natomiast wytarł w bujne włosy siedzącej obok niego, dwudziestoletniej może, ale jakże już uwiędłej panienki, w białej firance i z łańcuchem stalowym na szyi. W mojej marynarce z HM i babcinym bursztynkiem nie wyglądałem więc zjawiskowo… a żyrandol dyndał złowieszczo.

Zrobiło się już tłoczno, wszystkie gzymsy, gargulce i rzygacze obsadzone ludźmi jak wronami, kawkami, jaskółkami i nie wiedzieć jakimi jeszcze ptokami ciernistych chyba krzoków. Posypały się oklaski i wyszedł dyrygent – wyglądał jak Elmer z Królika Bugsa i o ile dobrze widziałem, też miał po cztery palce u każdej dłoni, obleczone w białe rękawiczki. Zasadził monokl, zamachał coś różdżką i wyczarował noise’owy jazgot, grzmot istny – awangarda w tym Paryżu. Szybko jednak sprawa się wyklarowała i orkiestra złapała motyw prologu. Zakotłowało się na scenie i wkoziołkował zupełnie naturalnie, że aż naturalistycznie, śpiewak. Podniósł się i krzyczy: Zu Hilfe! Zu Hilfe! … po niemiecku?! Nie wiedziałem, że Verdi pisał też opery po niemiecku… i trochę się nawet zawiodłem, tymczasem ciotka do mnie szepcze na ucho:

– To jest Tamino – i zaciera ręce, że aż zastukały pierścienie, a oczodół z małego palca na mnie łypał, a żyrandol dyndał… Tamino kotłował się na scenie z wielkim wężem z krepy i bibuły, made in china. Kiedy wydawało się, że już za chwilę zostanie pożarty, łysy obok mnie wyciąga jeden z pistoletów i celnym strzałem zabija węża, poszła jucha, mózg i jakaś propylaza zielona. Podaje mi dymiącą broń:

– Ładuj, stary! – przetkałem więc wyciorem lufę, wcisnąłem śrut, nasypałem prochu – łysy zatknął pistolet za pasem. Ocalony Tamino dyszy ze zmęczenia, płacze ze szczęścia i śpiewa po niemiecku, a ja wszystko rozumiem:

Ich Danke, danke! dir mein polnische freunde … wie heisst du? – wyciąga do mnie ręce i robi ze trzy repetycje, pytając wciąż o moje imię. Fioletowa ciotka podpowiada mi szybko:

Papageno, tu lui dites Papageno! – śpiewam więc nieprzekonanym barytonem:

– Papageno! – ktoś mi z ostatniego balkonu walnął mocnym światłem prosto w oczy i nieco straciłem orientację w przestrzeni. Stałem tak w tym świetle, Tamino coś śpiewał, ale ja już więcej nie mogłem z siebie głosu wydobyć, a wszyscy jakby na to liczyli, patrzyli na mnie w oczekiwaniu, aż w końcu udało mi się staccato:

– Pierdolcie się! – i dodałem jeszcze w tonice – szajse! Zadziałało, usiadłem, pierwszy obraził się reflektor i zgasł, a publiczność zwróciła się znów w stronę sceny. Łysy pogroził mi jakoś tak zawadiacko kością kolejnego obgryzionego udka, z drugiej strony łypał na mnie czarny oczodół, a żyrandol złowieszczo…

Dalej oglądałem już wszystko ze zdwojoną uwagą. Tamino zmienił nutę i zaczął żałośnie śpiewać o jakiejś uwięzionej piękności (Dies Bildnis ist bezaubernd schön). Fioletowa Ciotka popłakała się, urzeczona pięknem muzyki włoskiego mistrza… zaczęła mi tu szlochać sopranem na ucho. Nienawidzę gdy ktoś mi przeszkadza w trakcie spektaklu, nie mogłem się skupić na tym, co dzieje się na scenie, a Ciotka z librettem z programu, przetłumaczonym na francuski, opowiadała mi o uwięzionej córce Królowej Nocy – Paminie i o tym, jak dzielny Tamino wybawi ją z niewoli i w zamian za to otrzyma jej rękę. W tym samym czasie z drugiej strony usłyszałem chrapanie. Kiedy Ciotka już skończyła swoje beznadziejne arie, zwróciłem się w stronę Łysego – okazało się, że zjadłszy kilkadziesiąt udek czy może znudzony niezbyt wartką akcją Czarodziejskiego Fletu, zasnął, zsunąwszy się nieco w fotelu. Kiedy na niego patrzyłem, siedząca dalej, uwiędła dziewczyna zaczęła do mnie machać ręką. Dopiero teraz zauważyłem, że koniec tego ciężkiego łańcucha, który ma na szyi, trzymany jest w zaciśniętej pięści Łysego. Dziewczyna błagała mnie, żebym coś zrobił, bo stary dziad się nad nią znęca – tyle zrozumiałem z jej gorączkowych gestów. Tego już za wiele, nie dość, że facet w przestrzeni publicznej strzela z pistoletu do chińskich, papierowych węży, to jeszcze więzi tak młody kwiat, który przez jago sadystyczne upodobania zwiądł zanim w pełni zakwitł. Dzwonię na policję… ale nie wiem jaki numer we Francji mają. Pytam więc na migi, jaki wykręcić, a ona przy pomocy palcy palców paliczków pokazuje mi kolejne cyfry. Wduszam zieloną słuchawkę i w tym samym czasie zaraz obok mnie rozlega się przenikliwy dzwonek telefonu komórkowego. Ludzie z rzędu przede mną odwracają się do Łysego, każdy z palcem na ustach i z onomatopeją oddającą dźwięk ciszy: ćśśś, tss, sza!, hszszsz! Z tyłu ktoś go pacnął w jeden z karków i Łysy, obudzony, zaczął panicznie przetrząsać kieszenie, wyjął telefon i czyniąc przy tym jeszcze więcej hałasu, wydostał się z naszego rzędu i uciekł z sali. Po chwili usłyszałem w swojej słuchawce, ni to tenorem, ni barytonem:

– Monostatos, Salem alejkum! …allo? allo! … allo! – wcisnąłem czerwoną słuchawkę. Dziewczyna zerwała się i przesadzając kolejne rzędy, pobiegła na scenę. A tam dyrygent śpiewa coś basem, przez ramię ma przewieszonego zdechłego dzika… orkiestra jest pogubiona, muzyka się rozjeżdża. Pierwsze skrzypce próbuje smyczkiem naśladować ruchy batuty, żeby to jakoś ogarnąć, fagot poczuł nagłą wolność i prowadzi zaimprowizowane solo, perkusista, zrezygnowany, wali głową w kocioł. Na scenie pojawia się chór i w kilku mocnych taktach kładzie kres temu żałosnemu widowisku. Przerwa, ale ja chyba spierdalam… biegnę do pierwszych drzwi, nie przepuszczam dam, zbiegam po schodach, a tam bufet i jakaś stara wiedźma unosi w moją stronę kieliszek wina:

Jeune homme, jeune homme, vas-y! Może napijesz się winka, zziajany młodzieńcze? – przystanąłem na chwilę, obejrzałem się wokoło, a wszystko było zupełnie normalne: ludzie kotłowali się przy bufetach i toaletach, rozmawiali, błyszczały kreacje i nic nie wskazywało na to, by coś wymknęło się spod kontroli… nikt nie groził mi obgryzioną kością, nie łypał na mnie czarny oczodół i tylko żyrandol, także tu, w hallu, dyndał złowieszczo…

– Dobra, lej pani, może mi rozum wróci – wypiłem duszkiem, a Wiedźma nalewa mi już w drugi kieliszek. Dość konwencjonalna rozmowa ze staruchą przywraca mnie do rzeczywistości – być może przespałem cały ten nudny, pierwszy akt? Wychylając trzeci kieliszek, pytam więc dość zachowawczo, by podtrzymać dyskusję tak długo, póki leją mi za darmo:

– Czy w drugim akcie Tamino zazna prawdziwej miłości?

– A to się okaże dopiero w drugim akcie, jeune homme, a kiedy to prawdziwej miłości zazna mój upojony ami polonais? – pyta niedorzecznie i mruga do mnie okiem, ale tak mruga, jakby lepiej znała odpowiedź… wino rozwiązuje mi język, użyźnia gangliony mózgowe, irygując je żwawo płynącą w żyłach krwią.

– To jest sprawa złożona – zaczynam mój miłosny wywód – póki jestem w Paryżu, nie spodziewam się, paryżanki są niezbyt, choć dużo dziewcząt mi się tutaj podoba, egzotyczne takie, kolorowe dziewczęta z Mali, z Malezji czy z Haiti, z Gujany, z Azerbejdżanu czy z Hokkaido, taktak, droga pani, postkolonialny queer, marzą mi się arabskie lesbijki, rozanielony flanuję ulicami, metrem jeżdżę, śledzę ślicznotki, węszę, zaczepiam, skubię, podgryzam – Wiedźma słucha rozmarzona, jakby to była jakaś cudowna piosenka, Ein Mädchen oder Weibchen na przykład, czy jakakolwiek inna, ckliwa o miłości… Drugi akt dawno się już rozpoczął, w hallu nie ma nikogo, a zza drzwi dobiega znana aria Królowej Nocy. Kończę moją mowę i myślę sobie: dlaczego trafia mi się zawsze stara baba, dlaczego młode dziewczęta nigdy mnie tak nie słuchają, nie zachwycają się tak, jak te wszystkie ciotki, inteligencją, dowcipem, gestem, zmysłem, konceptem, stylem, mową, gracją, czy wreszcie skromnością moją?

– Tak pięknie mówisz o miłości, ale nigdy takiej nie zaznasz, mon cher – skonstatowała Wiedźma.

– Jak to? To co mam zrobić, sam już nie wiem!?

– Zapomnij o tych wszystkich pannach i przysięgnij, że zostaniesz ze mną na zawsze! – krzyknęła niemalże. Było to tak absurdalne, durne, a jednocześnie miało w sobie jakąś tajemniczą siłę, brzmiało to jak rozkaz, któremu nie można się sprzeciwić… pomimo wszystko przemyślałem sprawę: dziś już nic lepszego mi się nie trafi, póki nie znajdzie się ładniejsza, niech jej będzie:

– Ok. – powiedziałem beztrosko. Wiedźma momentalnie się rozpromieniła i to tak się rozpromieniła, że aż zrobiła się bardzo ładna i bardzo młoda – świeżynka taka, jakby dopiero co osiemnaście lat skończyła. Oczy ma wielkie i włosy bujne, szyję białą, a piersi małe, nieco sterczące, wybijają się pod białą bluzką. I głosik ma tak słodki i śpiewa dla mnie najcudowniejszą piosenkę.

W tym samym momencie dwóch osiłków z obsługi widowni rzuca się na mnie i związuje. Dyryguje nimi Łysy, którego tak wkopałem podczas pierwszego aktu, narażając na niesławę, że teraz się mści. Każe mnie wtrącić do jakiegoś ciemnego magazynu, a ja nic nie mogę zrobić, tkwiący w szczelnym uścisku, patrzę tylko na oddalającą się piękność, od której zdążyłem się jedynie dowiedzieć, że ma na imię Papagena… Zamknęli mnie w jakiejś kanciapie. Zanim trzasnęli drzwiami, zdążyłem zauważyć jakieś zbroje babilońskie, halabardy i pokrzywione szable niczym z „Nabucco” Mozarta. Siedziałem zupełnie bezradny w kompletnej ciemności i nagle usłyszałem jakieś szepty i poruszenie:

C’est qui là? kto tam? – zapytałem nieśmiało.

– ćśś – odezwał się jakiś głos – chowamy się!

– Przed kim się chowacie?

– Przed drugą drużyną, szukają nas już trzy dni – chłopiec, który to mówił, zapalił zapalniczkę. Zobaczyłem trzech harcerzy, czy raczej francuskich skautów, nieco wychudzonych, w zielonych mundurkach i szortach, każdy z apaszką na szyi – walczymy o sprawność kamuflażu i kryjówki – wyjaśnił drugi z nich. A trzeci, podejrzliwy, dodał:

– Nie jesteś czasem od nich? Co tu robisz?

– yyy, szukam… – na to zrazu się cofnęli, ale szybko dopowiedziałem – pięknej dziewczyny, która pracuje w hallu, przy bufecie! – uspokoili się.

– Nie wiesz, gdzie się schowała?

– Nie schowała się, nie mogę do niej pójść, bo czyhają na mnie bileterzy i nie wiem jak się z nią skontaktować…

– Aha, pewnie nie miałeś biletu na spektakl, ja często wbijam za darmo, ale czasem trzeba uciekać – powiedział najstarszy.

– Masz telefon? Może do niej zadzwoń – rozbrajająco zaproponował piętnastoletni uwodziciel, który widać miał w tych sprawach doświadczenie znacznie większe niż ja.

– Nie znam numeru… – na to inny bystry dodał:

– Skoro ona tutaj pracuje, zadzwoń na wewnętrzny i poproś o połączenie, znasz jej imię chociaż? – chwyciłem za komórkę, chłopaki podali mi numer do Opery, wcisnąłem zero-jeden na recepcję i jak tylko melodyjkę oczekiwania (fragment requiem Berlioza) przerwał jakiś ludzki głos, powiedziałem, że poproszę z Papageną z bufetu.

– I co? – zapytał jeden ze skautów.

– Udało się, dzięki! Zaraz tu przyjdzie! Uratowaliście mi życie – i zaraz chciałem ich po bratersku uścisnąć, ale inny znów rzeczowo zakomenderował:

– Spierdalamy, zaraz zrobi się tu gorąco, nara! – i wszyscy trzej nagle wybiegli.

W pozostawionych przez nich uchylonych drzwiach pojawiła się moja Papagena… Bez słowa rzuciła się w moim kierunku, zatrzaskując za sobą drzwi. Zaczęła całować otarcia na mojej twarzy, powstałe w wyniku przepychanek z obsługą widowni, poplątały się nasze włosy i czułem słodki zapach kwiatków z dziewczęcego ogródka. Zaraz i ja zacząłem się do niej dobierać, ale nie odpiąłem jeszcze jednego guzika, jak otworzyły się drzwi z drugiej strony i wpadło do środka oślepiające światło.

allez-y, vite! en scene! – zaryczał jakiś głos i chyba zwracał się do nas. Jakiś facet wleciał do pomieszczenia, chwycił każdego z nas za ubrania i wyprowadził przez te otwarte drzwi. Dostałem jeszcze kopa w tyłek, moja niedoszła kochanka chyba też i nagle znaleźliśmy się w pełnym świetle reflektorów scenicznych. Muzyka grała jakby zapętlona, wciąż jeden motyw, powtarzana przygrywka. Patrzę na dyrygenta, a on wyraźnie na mnie macha batutą, żebym zaczynał.

– Ale co?! – pokazałem bardziej, niż powiedziałem, ale on się tylko jeszcze bardziej wkurzył. Na szczęście zaczęła Papagena, chyba też nie znała słów, ale jakoś trafiała w dźwięki…

– Pa pa pa pa – nuciła wesoło. No to i ja, w rytm:

– Pa pa pa pa – i tak śpiewaliśmy sobie przez chwilę, a muzyka narastała i była coraz bardziej uroczysta. Dyrygent był wyraźnie usatysfakcjonowany, a mnie to śpiewanie taką radochę sprawiło, że w końcu na oczach całej widowni rzuciłem się w objęcia mojej ukochanej. Na scenie zrobiło się tłoczno. Wszedł Tamino i ta uwiędła dziewczyna, która siedziała w tym samym rzędzie co ja, weszła też Fioletowa Ciotka i coś wykrzykiwała sopranem, a potem wdrapał się na scenę sam dyrygent i basował jej złowrogo. W końcu zostaliśmy zasłonięci przez chór i nikt nie zwracał na mnie uwagi. Mogłem więc spokojnie zająć się rozdziewaniem pięknej Papageny, która w tym samym czasie rozdziewała i mnie.

I nagle całe przedstawienie się zjebało, bo zgasły wszystkie światła… Po chwili w tej sytuacji zamarła także muzyka i wszyscy w jakimś dziwnym oczekiwaniu zamilkli. Słychać było tylko odbijające się od siebie, niczym dzwoneczki, kryształki wielkiego żyrandola, który dyndał zawieszony pod sufitem. Dyndał złowieszczo, ale nie spadł. Zgasł. Zgasło wszystko. Okazało się, że to strajk generalny i technicy w teatrze też buntują się przeciwko reformom Sarko. Mało się tym przejmowałem, przede mną lśniły oczy Papageny – strajk i rewolucja sprzyja miłości. Słyszałem, że wokół nas wielu zaczęło to samo, co my, w ciemności wyzwoleni, pozbawieni kompleksów i uprzedzeń.

Vive la revolution, vive l’amour i niech żyje ciemność, Ciemność! – krzyknąłem na całą salę i kilka tysięcy osób powtórzyło to po mnie z pięć razy, aż zatrząsł się cały budynek Opery Garnier. A potem były już tylko westchnienia, mlaskanie i wesołe pojękiwania…