LONG JOHN SILVER

admin - 28 stycznia, 2011 - Uncategorized /

LONG JOHN SILVER

naraz runęły mury mojego więzienia

i rozbiła się łódź, na której

bezpiecznie płynąłem do Ameryki.

dziś dryfuję wolny

w wodach bezkresnego oceanu.

Christophe Don Silencio – Wiersz dla przyjaciela Waltera, Paryż 1911

            [szalupa pozbawiona jest wszelkiej sterowności, płynie, gdzie ją fale niosą, obraca się, wokół własnej osi. nocami oglądałem niebo, określałem położenie metodami, którymi posługiwali się jeszcze Wikingowie – jednak po dwóch tygodniach jestem już tak wyczerpany, że mogę tylko spać. by wykorzystać wolne przestrzenie mojego umysłu i nie nadwerężać słabego organizmu, zapisuję mój dziennik we śnie. jeśli znajdą mnie martwego, wyciągną ze mnie najważniejsze informacje, jak z czarnej skrzynki. wyciągną je razem z całym śmietnikiem danych, jak skrzynię złota, w której wraz z drogocennym skarbem pełno jest wodorostów, rybich ości, nocnych spazmów, porannych marzeń, niespełnionych planów, dziurawych szmat, oplatających wyżartą przez mątwy czaszkę; pełno tam traum z dzieciństwa, traum z młodości, krabów i małych krewetek, strachu przed śmiercią, pragnienia bólu, przyzwyczajeń do strzelania stawami i dłubania w nosie małym paluszkiem, obrazów zaśmiecających pamięć, smoków zabitych dla nieistniejących księżniczek, itp., etc, and so on, so on, jak napisał poeta: so on so soon, my dearest son.]

#001 wypłynęliśmy z Quimper w Niepodległym Królestwie Bretanii, według tradycyjnego kalendarza 20. lipca 2013 roku, choć nie wiem, jaki jest sens umieszczania zdarzeń w dawnej chronologii. scena jak ze starego polskiego filmu, szedłem plażą z plecakiem, doszedłem do końca Europy i nie wiedziałem co dalej. surferzy pomykali zrezygnowani na niezbyt wielkich falach, nudzili się, robiąc piruety, śruby, beczki i hołupce. po chwili plaża skończyła się i znalazłem się na betonowym nabrzeżu przystani jachtowej. usiadłem, zwieszając nogi w dół i mocząc je w wodzie. zjadłem puszkę kukurydzy i kawałek sera brie, namoczyłem bagietkę w soku brzoskwiniowym, bo stwardniała na maczugę i zjadłem jako deser, z resztką dżemu figowego. ble, chyba jednak to zwrócę, pomyślałem, ale tylko bekłem beknąłem donośnie i zrobiło mi się lepiej. przypatrywałem się, może trochę arogancko, czwórce, na oko, dwudziestolatków, pakujących jacht przed rejsem.

– czego się gapisz, może byś pomógł – usłyszałem w moją stronę. z początku mogłem wyjść na debila – nie zareagowałem bowiem od razu, tylko czekałem aż C3PO ominie błędy językowe w wypowiedzi dziewczyny o hiszpańskiej urodzie, która mówiąc to, po francusku, jednocześnie czekała z wyciągniętą ręką, aż podam jej zgrzewkę puszek z czerwoną fasolą. poderwałem się więc raptownie i pokracznie, zdenerwowany tym małym deleyem i podałem jej towar.

– reszta jest w samochodzie, pospiesz się, bo nie chcemy płacić za portowy parking – tym razem zrozumiałem od razu, program szybko precyzował treść, korzystał jeszcze z dawnych rezerw edukacji szkolnej. poleciałem, zapominając o plecaku zostawionym na nabrzeżu – wcisnęli mi dwa baniaki z wodą, cholernie ciężkie, ale doniosłem. jeszcze kilka rund i koleś z samochodu odjechał.

– gdzie płyniecie? – zapytałem, podając zapas snickersów

– nie twój interes   

– wyglądacie jakbyście uciekali

– hej, masz coś? – zapytał, wychylając się z kabiny, facet o zgoła innej niż hiszpańska facjacie.

– i dlaczego pomyślałeś, że mam facjatę? – dodał szybko, dziwnie się skrzyżowało.

– a jak miałem pomyśleć? fizys?

– hehe, fizjognomię, ok., nic do ciebie nie mam – podsumował jakoś protekcjonalnie i szybko zadał to pytanie, na które najbardziej czekałem, choć może jeszcze o nim nie pomyślałem:

– chcesz płynąć z nami?

– mogę?

– chcesz? – podciągnął brwi ironicznie. Myślałem o jakichś warunkach, żeby nie myć kibli czasem, nie być majtkiem na tym statku, ale nie wiedziałem, jak tu się targować, w końcu po raz pierwszy złapałem na stopa jacht.

– ok., wsiadam, Don Silencio – wyciągnąłem dłoń.

– Vincent – odparł Francuz o dziwnym akcencie – bo jestem Belgiem – dodał, nie pozwalając się nawet domyślać.

– moi, j’suis Polonais.

– tawarisch – przywitała mnie, nie wiedzieć czemu po rosyjsku, hiszpańskiej urody jak się okazało Marokanka. #

            [przerwałem. coś uderzyło w gumową podłogę szalupy, zaczęła wirować jeszcze szybciej, niż normalnie. ryba? delfin? rekin? wombat? uszatka to czy też żółw czy kaszalot, wyliczam, czekając na kolejne uderzenie, obudziłem się, ale wciąż zapisuję, to znaczy, że jestem już mocno wyczerpany, jednocześnie obudzony i uśpiony, wciąż zapisuję, przeszukuję myśli, wielki ząb przebija podłogę, ciasno się wbił, woda nie wlatuje, taki jakiś wodny jednorożec mnie tu kłuje, a ja nie mam siły się bronić, pozamykałem szczelnie wszystkie otwory, tym kłem, rogiem, chujem kostnym ciągnie mnie w dół, pod wodę, sufit się spłaszczył, czuję się jak w trumnie i czuję, że płynę z dużą prędkością, pod wodą, czuję opór, ściany napięte, boże jakiś, mamo, Atamanku, Charlotte, przyjacielu, pani, święci Tomaszu i Franciszku, Hermesie piętoskrzydły, nie opuszczajcie mnie, uratujcie mnie, Jezusie, zaraz zemdleję…]

            #002 chwyciłem plecak i wskoczyłem na jacht, był całkiem duży, ale na pokładzie oprócz Vincenta i Leili nikogo nie widziałem.

– nikt więcej nie płynie, uciekamy sami.

– a jednak uciekacie.

– tak.

– dokąd?

– nie wiem, nie znam się na nawigacjach, gdzieś chyba dopłyniemy, prawda? – Vincent zatarł dłonie, jakby udawał, że ma diabelski plan.

– ale nie pytaj dlaczego uciekamy – Leila.

– sam też nie wiem czasem, dlaczego uciekam – ja.

– coś nas gna, coś nas gna – Vincent, zapatrzony w morze, zapalający skręta z marokańskim haszem.

– skąd masz? – zapytałem, czekając na macha, bezskutecznie.

– podrożało draństwo, trzeba oszczędzać, Leila mi dała – Leila tymczasem rozplątywała liny, nie mogła sobie z tym poradzić, więc Vincent wyciągnął scyzoryk długości może 6-7 centymetrów…

– ale za to, kurwa, zobacz jaki ostry! – przeciął się na nadgarstku, żeby udowodnić i niczym macedoński wódz poprzecinał liny, zostawiając je na portowych słupach.

– nie będziemy cumować, tam gdzie dopłyniemy, tam się rozbijemy, będziemy rozbitkami, ok.? – zaczęło mnie to bawić i niepokoić jednocześnie, ale jacht już odbił od brzegu, nie było odwrotu. #

            [otwieram oczy, nic się nie rusza, leżę na suficie mojej szalupy, przez otwór po rogu potwora wpada blade światło, takie zielonkawo-niebieskawo. przyłożę oko, może mi nie wykłuje, a co jak mi wykłuje, jak znów, dokładnie w tym samym miejscu się wbije? to będzie koniec, a jeszcze nie zapisałem wszystkiego. przykładam jednak i patrzę, i z drugiej strony też widzę oko, ja łypię i ono łypie, dokładnie takie samo, wiem, że to nie lustro, to inne oko, kogoś innego, jakiegoś głębinowego mnie, mnie z płetwami, mnie syreny, pewnie w równoległej rzeczywistości, która akurat jest podwodna, jestem syreną, mam skrzela, za uszami, jak Kevin Costner, ej, wyciągnij mnie, mówię, ale nie głosem, tylko tym okiem mówię, przekazuję treść, w końcu musi się przebić, chyba jest jakaś błona między światami równoległymi, nie wiem, straszyli mnie zawsze, że któregoś dnia spotkam samego siebie, znam cię! syreno ty! a mam muszle we włosach? a mam naszyjnik z zębów rekina, mam skorupiaki przywarte do łydek? skorupiaki na piętach? nie używało się pumeksu w wannie, co? a tyle go tu wokoło, ale przecież, nie mam pięt, ani łydek. czym się zajmuję? kim jestem naprawdę, mam tyle pytań, ale przecież nie mogę ich zadać, to byłoby wbrew wszelkim konwencjom, zginąłbym jak Charlotte, która zawsze gdy stawała twarzą w twarz ze samą sobą, unicestwiała ją i tym samym kawałek siebie, Charlotte, która podróżowała przez kolejne warstwy, dla której byłem kiedyś szamanem, słodka francuska kobietka, właśnie taka, nic demonicznego, trochę głupiutka, pozowała na taką, w końcu zniknęła w ogóle, fizycznie, istnieje już tylko we mnie, rozmawiam z nią często, podejmuję decyzje pod jej wpływem, myślę, co by zrobiła, jakby mnie oceniła, to mnie trzyma jakoś, trzymam ster, wiesz? obecnie dryfuję, ale mam swoje priorytety, z Charlotte czasem się nawet kochamy, odkąd poznałem techniki tantry buddyjskiej, przepływ energii doprowadza mnie do szalonych orgazmów, cała czaszka drży, czy ja, ty, syreno, spotkałeś się kiedyś z Charlotte? zamrugał zamrugałem zainteresowany, nie zna jej, nie trafiła do niego, może jeszcze cię nawiedzi, druhu, chciałbym ci o niej opowiedzieć, ale mogę tylko puścić oczko, nigdy o niej nie zapomnę, wiesz? nie ma takiej możliwości, na tym polega jej wirus złośliwy, jej dysfunkcja tożsamości, rozumiesz? obliczasz? wy w tej wodzie obliczacie w ogóle? masz to jakoś otagowane, o czym mówię? porozumiewacie się jak wieloryby? śpiewacie te ultradźwięki? ej, fajnie tu, zielonkawo-niebieskawo, ale ja już wolę na górę, dryfować i śnić w mojej szalupie, mają mnie wyłowić! mają mi sczytać sny, dziennik mój, rozumiesz, syreno? oko zniknęło, w dziurę z zewnątrz wetknięto ciasno jakiegoś skorupiaka, wszystko się zatrzęsło i znów poczułem napierającą wodę, pchnęło mnie do góry, tak wyczułem, nie wiem, ale wyczułem bezpieczeństwo, zawsze wiedziałem, że umiem o siebie zadbać i oto wszystko jest po staremu, sam się z tego wyciągam, mam nadzieję, że delfina z tym kostnym kutasem zjedli na kolację, zamknąłem oczy, szybko pojawił się sen, porządkowałem go i zapisywałem obrazy w dzienniku.]  

            #003 ocean był w miarę spokojny, fale dość wysokie, ale nie załamywały się, gładko się na nich bujaliśmy, Vincent zachowywał się trochę jak pirat albo tak zwany wilk morski, palił skręty, marszczył brwi, zapatrzony w horyzont, wspierał się na kole sterowym, które przyczepione było dla picu i trochę zawadzało w wejściu pod pokład. prawdziwym sterem była niewielka wajcha. zauważyłem, że ma ambicje kapitańskie i żadnych ku temu kompetencji, zarządził rozwijanie żagli. Widząc jak Leila posłusznie spełnia rozkaz, zabrałem się do tego sprawnie, z czasem jednak poczułem się dziwnie – ona była poirytowana, on w zupełnie innym świecie.

– zabrałeś w tym plecaku jakieś książki, Don Silencio? – spytał nagle Vince.

– tak

– w jakim języku?

– mam po polsku głównie, po angielsku i po francusku

– poczytałbym Czernyszewskiego, masz?

– dlaczego miałbym to mieć?

– nie wiem, mam ochotę.

– nie mam. zabrałem Słowackiego, Podróż do ziemi świętej z Neapolu, Wyzwolenie Wyspiańskiego, tacy polscy, dawni poeci, do tego po francusku Braci Karamazow i po angielsku wszystkie dzieła Pynchona. Mam też własne tłumaczenie Zachodniej krainy Burroughsa, ale tego jeszcze nie mogę pokazywać.

– po co ci te książki? – to były pierwsze słowa Leili, które padły od momentu odbicia od brzegu.

– czytam je, na przykład przed zaśnięciem na plaży, trudno podróżować samemu bez książek, przepraszam, czy ty jesteś zła, że płynę z wami?

– nie

– a czy jesteś zła?

– tak

– dlaczego?

– nie pytaj – pogroził dziwnie rozbawiony Vincent – piszesz tutaj jakąś prozę, narrację urządzasz, musi być tajemnica, daj sobie czas, myśl od razu o konstrukcji, struktura, to taka ważna rzecz, nie możesz wszystkiego wiedzieć na początku. układaj dialogi, zaznaczaj, kto powiedział skonfundowany, kto rozbawiony, ironicznie, odparł, odrzekł, odparował, zaoponował, nakręcaj swe style, rycerzu Baldwinie, w morze płyniemy, czy nie masz jakiegoś morskiego przydomku przydomka?

– kradniesz moje style!

– kłótnia? bunt? bijesz się, ty cipo?

– nie no, bez przesady, po co te pięści

– utulę cię w mych ramionach przyjacielu, dobry wiatr mi ciebie zesłał, żartowałem, no więc, jakaś morska ksywka?

– Long John Silver – wypiąłem dumnie pierś

– a zatem do garów! zgłodnieliśmy, kuchnia jest twoim królestwem, ja tymczasem poczytam Biesy.

– mam Braci…

– tak, właśnie, podaj, albo wezmę sobie z twojego plecaka – nie przejąłem się specjalnie, że będzie mi grzebał w torbie, zszedłem pod pokład, wyciągnąłem z lodu całkiem ładne krewetki, wrzuciłem na rozgrzaną patelnię, wraz z dużą ilością czosnku i obtarłem w to skórkę z cytryny, wkroiłem pietruszkę, trzeba wykorzystać, póki świeża, do tego ryż, ryż widzę, że będzie codziennie, kupili różne rodzaje, puszkę fasoli na drugiej patelni doprawiłem słodką papryką i dorzuciłem garść orzechów pini, widok tego jedzenia spowodował nagle wielki ból brzucha, zacząłem… #

            [… wić się z tego bólu po całej szalupie, zacząłem krzyczeć, chyba na chwilę naprawdę się ocknąłem, nie można zapisywać takich rzeczy, tak mnie skręca, zaraz wykończy…]